Powinnam

Powinnam... - Jagna Ambroziak

Właśnie kompletnie obrzydło jej czytanie mądrych książek i z namaszczeniem oddawała się tym niepotrzebnym, podobno nic nie zmieniającym w życiu czynnościom. Przez chwilę zmagała się z poczuciem winy. "Powinnam chociaż włożyć na uszy słuchawki, poćwiczyć wymowę angielską". Ale całe jej jestestwo burzyło się na tę perspektywę. Domagało się zwolnienia tempa. Zredukowania ilości wykonywanych jednocześnie czynności. Opróżniała torby i torebki. To pomagało pomyśleć o sobie.

Wysypuje na podłogę polepione papiery. Stare rachunki. "Cholera, znowu wyłączą prąd". Nachalnie niepogniecione, w porównaniu z resztą "śmieci" wystaje jego zdjęcie. Uśmiecha się na nim tak wesoło, że jego oczy wydają się bliskie. Tak bliskie, że aż pyta: "Czego ty naprawdę ode mnie chcesz?. Zamyśla się. Właściwie czego ja chcę od ciebie!?" Nie zna jeszcze odpowiedzi na to pytanie, ale jaka to ulga, że zaczęła je zadawać!

Kolejne zaśmiecone torby są wybawieniem, dla bombardowanego myślami umysłu. "W tym wieku powinnam już wiedzieć gdzie jest moje miejsce, powinnam mieć poważnego kandydata na ojca moich dzieci. Powinnam wiedzieć czy w ogóle chcę mieć dzieci!. Powinnam wiedzieć, czego chcę!". Powinnam... Z jednej z toreb wyciąga pończochę. Co do diaska? A gdzie druga. I co ona tu właściwie robi. "Powinnam być bardziej uporządkowana", już ciśnie się na usta. "Chcę być bardziej uporządkowana", poprawia się. Nauczyła się tych terapeutycznych prawd wbrew sobie. Powtarzała je na głos, by się do nich zmusić.

Wcale nie było to łatwe. Wydobywanie się z konformizmu w kierunku autonomii boli nielicho. Czasem najchętniej zapukałaby do drzwi olbrzymiego apartamentu tych "uśmiechniętych oczu". Wszystko byłoby znowu ustalone. Na jego warunkach. Droga jasna i zgodna z tym jak podobno należy.

Jej koleżanki szły utartym przez wieki, sprawdzonym szlakiem. Mąż, dzieci, pies. Oburzały się na głupi dowcip: Jaki jest najpiękniejszy dzień w życiu kobiety?. Kiedy dzieci pójdą z domu i pies zdechnie. Był jeszcze trzeci element tej szczęśliwości, ale w tej chwili nie pamiętała jaki.

Powtarzała sobie, że na różnych etapach życia niektóre potrzeby przybierają na sile, inne słabną. "Na jakim właściwie jestem etapie?" pytała. Metrykalnie inaczej niż emocjonalnie. Trudne. Nie chciała stać w miejscu. To budziło poczucie braku sensu życia, oparcia i głębi. Nie chciała też realizować cudzego planu na życie! "Jest coś paradoksalnego w fakcie, że poczucie autonomii jest dynamiczne. Nie można jej posiąść na stałe. Trzeba ciągle "balansować na krawędzi". Szeptała. "Stała refleksja, sprawdzanie, czy żaden z ważnych obszarów życia nie został zaniedbany. Czy nie wykonuję fałszywych kroków? Bez tego wysiłku prędzej czy później dopadnie mnie cierpienie..."

Odżywcze było wczorajsze spotkanie z babcią. Żywotność babci zawsze jej się podobała, pociągała ją, ale jednocześnie zniechęcała do siebie samej. Czuła się przy niej jak ciężka, wysokokaloryczna klucha. "Byłam głupia i młoda", mówiła babcia. "Nic nie wiedziałam o świecie. Do pewnego momentu ciągle wydawało mi się, że coś "powinnam". "Powinnam" to chyba najpaskudniejsze słowo w całym słowniku. Nie oznacza, że pragnę, ani, że potrzebuję. Nie oznacza świadomego pogodzenia się z rzeczywistością, wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. "Powinnam" to zdrajca. Marynuje nas w bigoterii.

Wraca do swoich toreb. Znowu zerka na śmiejące się oczy. Nie rozwiązała najpoważniejszego ze swoich problemów: pogodzenia potrzeby własnej niezależności, z uczuciami, które ją gwałtownie popychały ku drugiemu człowiekowi. Trudno jej było zachować balans. "My kobiety już tak mamy". Pocieszała się. "Bardziej identyfikujemy się z innymi. Zapominamy o sobie. Nie wiemy jak łączyć autonomię z byciem częścią większej całości". Stając się częścią tej większej całości gubiła autonomię. Łatwiej jej było rezygnować z siebie. Łatwiej, bo miała święty spokój. Do czasu.

W takich chwilach jak ta, czuła, że jej droga jest ustalona. Wyznacza ją oddech. Każda dziejąca się minuta. Powtarzający się rytm. Jej rytm. Rytm "śmiejących się oczu" nie był wystarczająco harmonijny z jej własnym. Czuła, że jeżeli teraz zdecyduje się nadal trwać na swojej drodze, to zazna pewnie sporo cierpienia, nie raz życie wyda jej się nieznośnie meczące. Niesprawiedliwe. Ale nie będzie miała dziury w duszy...

"Chcę oddzielić to co moje od wciśniętych mi "powinności". Naturalne lęki przed zmianą, od tych niedobrych - blokujących rozwój", mówiła babci. "Niczego nie żałuj. Nie ma co się oglądać za siebie. Staraj się żyć najlepiej, jak potrafisz. Teraz, bez ciągłego analizowania przeszłości i przewidywania przyszłości". Babcia jest taka kochana!. I mądra. Wypowiadane przez nią słowa, są jak balsam. To ona klepała ją pieszczotliwie w plecy, mówiąc wyprostuj się, od czego masz piersi. Prasowała bluzki i wypychała na randki. "W dzień nauka, a wieczorem smakuj życie!" Żal, że była obecna tak rzadko. Poza nią, w jej rodzinie było dużo wyuczonej zależności. Kobiety przesiąkły nią przez pokolenia. Tożsamości szukały w zewnętrznych strukturach. Nawet, gdy te uwierały boleśnie, trudno się ich było wyrzec. Nie czuły bowiem, że mogą być wsparciem same dla siebie. Nie obchodziły się ze sobą łagodnie. Były dla siebie surowe i oceniające.

"Zmieniam swoje życie!" ogłaszała do odbicia w lustrze. Po jakimś czasie odpuszczała. "Dlaczego się zniechęcam?". Pytała. "Jeśli się nie zniechęcasz, to znaczy, że to, co robisz nie działa"!. Odpowiadałam przekornie. Nasz system psychofizyczny zajadle broni się przed zmianą. Chce zachować status - quo. Sprytnie wpada na różne fortele. Zły nastrój, niepokój, choroba. Czarne myśli. Fakt, że coś jest dla nas dobre i różne od poprzednich nawyków powoduje alarm przed zmianą.

"Pamiętasz, jak Twoja mama próbowała schudnąć"? Tak. "To taki sam mechanizm". Po jakimś czasie od rozpoczęcia terapii, kiedy waga zmniejszyła się, odczuwała nieprzezwyciężone łaknienie. Zmuszało ono do zmarnowania całego włożonego przez nią wysiłku. Włączył się alarm zmiany. Alarm ten wcale nie oznacza, że dzieje się coś złego. Ten alarm to krzyk organizmu, że dzieje się inaczej niż dotychczas. Że do czego innego jest przyzwyczajony.

No, tak, ale co z tym zrobić? Ktoś zapytany o to, jak wprowadzić zasadnicze zmiany do swojego życia odpowiedział. " A jak można zjeść słonia? Po kawałku".

Opowiada mi potem, jak opowiadała " o słoniu" mamie, która jak zwykle słuchała jej jednym uchem, oglądając jednocześnie serial. "Kiedyś doprowadziłoby to mnie do furii. To, że matki nic tak naprawdę nie interesuje, że ogląda te głupie seriale, jest inna niż ja... Ale moja. Powtarzam sobie, że szanuję tę jej inność, nie bez trudności niestety. Pamiętam, jak kiedyś zorientowałam się, jak nienaturalnie przez tę inność ze sobą rozmawiamy i, że ona gdzieś nawet może nieświadomie to czuje. Zorientowałam się, kiedy zajrzałam jej w oczy. Były takie smutne"... Ten moment był znaczący dla ich relacji. Matka wpadała czasem do niej cała nakręcona. "Ten sklerotyk jest nie do zniesienia. Przez godzinę układał rzeczy w samochodzie, jego powolne ruchy, wręcz prowokowały mnie do morderstwa!". Opowiadała o swoim mężu, a jej ojcu. śmiały się. Tak dobrze rozumiała uczucia mamy. Potem matka paplała " głupoty". Opowiadała o jakiejś wspaniałej koleżance, którą podobno bije mąż. "Żeby przystać na takie upodlenie, ta koleżanka musiała być dużo mniej bezkompromisowa, wspaniała i dużo bardziej zrezygnowana, niż głosiła ustami mamy jej legenda". Myślała sobie wtedy, ale zamiast fukać pod nosem i oceniać wglądy dokonywane przez matkę, po prostu starała się jej słuchać i rozumieć, co ma na myśli. " W końcu nie muszę na siłę udowadniać, że jestem inna niż ona, mogę budować swoją autonomię, tożsamość nie na kruchym podłożu pod tytułem: zaprzeczenie". Jaka ulga!

Spotykamy się znowu. "Nie chcę unikać zależności poprzez wyrzeczenie się miłości". Opowiadała mi, a mnie robiło się ciepło na sercu na te mądre słowa. "To ocalenie autonomii w kaleki sposób. Samotność zmuszająca do agresywnej dumy. Te, które dały się złapać na haczyk takiej autonomii biegną coraz szybciej, chcą więcej i ciągle czegoś innego. Pod tym pragnieniami kryje się coś, co można nazwać dziurą w duszy. Głód, który karze im biec po sukces, siedzieć 18 godzin na dobę w pracy jest zwykle duchowy. Biegnąca czuje, że to trochę absurdalne. Nie chce jednak słuchać głosu z wewnątrz, odwraca od niego uwagę".

Ulegamy złudzeniom, którym wiernie służymy, aż do momentu, kiedy sytuacja nie wymusi na nas zmiany. Złudzenie bezpieczeństwa, kiedy tkwimy w stagnacji, złudzenie posiadania nieograniczonego czasu, podczas gdy on nieubłaganie płynie, złudzenie, że wszystko możemy osiągnąć, wszystko naprawić, że wszystko kontrolujemy. Złudzenie, że jesteśmy tylko autonomiczne, albo tylko zależne od utartych zwyczajów. Upadają jedno po drugim. Proces ten okupiony jest zwykle bólem i rozczarowaniem naszymi ludzkimi ograniczeniami.

Nigdy wcześniej nie było tak, że człowiek wybierał swój los. Społeczeństwa były w stanie przetrwać tylko dzięki twardym regułom gry. Odmiana zaczęła się pojawić dopiero jakieś 300 lat temu. Wtedy zaczęła się rodzić idea wolności osobistej. "Coraz mniej reguł objawionych, danych niepodważalnych". W centrum świata postawiono człowieka.

Wcześniej nikt nie zadawał sobie pytania: Co mam zrobić z życiem?. Takie pytanie byłoby absurdalne. Od momentu urodzenia było jasne jak ma wyglądać życie. Syn szewca, uczył się szewstwa, kobieta miała rodzić dzieci, książę dowodził wojskom. Role zależne były od fizjologii i kasty. Dopiero modernizm pozwolił na prawo do szczęścia, rozumianego, jako prawo do definiowania swojego życia. Było to i jest błogosławieństwem, naciskiem na godność. Jest też niejednokrotnie naszym przekleństwem i olbrzymim ciężarem. Wtedy chociażby, kiedy nie wiemy, czy dokonujemy dobrego wyboru...

Okres świadomości konformistycznej zmieszał się z etapem świadomości autonomicznej. Wejście w życie autonomiczne nie jest łatwe. My kobiety już bardzo dużo zrobiłyśmy, doprowadzając do równouprawnienia, łamiącego jedno ze wzmocnień kultury konformistycznej. Ale wciąż jesteśmy na pograniczu konformizmu i autonomii. Te odważniejsze z nas i mające wsparcie opuszczają świat konformizmu. Inne, mniej odważne i bez wsparcia oglądają się wciąż pilnie wokół, bacznie obserwując co robią inni ludzie.

Autonomia wykracza poza nasze tendencje stadne, jest fenomenem w perspektywie historycznej. Zupełną nowością. Regresyjna tendencja zwycięża u kobiet, które nie mają jakiejś wewnętrznej, tajemniczej siły. Kobiety ową siłą obdarzone, bywają często nieszczęśliwe...

Dla tych pierwszych naturalnym jest przyjmowanie norm. Nawet jeśli sytuacja konformistyczna jest dla wielu bolesna, to trwają w niej, bo przetrwanie rodziny i dobro dzieci jest dla nich celem najwyższym. Takie kobiety wewnętrznie nie mają dokąd iść. Nie ma w ich umyśle innej mapy świata. Są zawsze na poziomie konformistycznym. Te drugie, wyzwolone mogą na to patrzeć z politowaniem. Ale poziom konformistyczny ma swoje zalety - nie ma szamotaniny i zwykle wiadomo co robić. Nie jest więc wcale tak, że na każdej autonomicznej twarzy jest wypisane zwycięstwo, a każda konformistyczna twarz krzyczy o klęsce...

W dobie indywidualizacji i apoteozy autonomii zaprzeczamy, niezaprzeczalnie istniejącemu prawu: prawu przynależności. Automatycznie w różnych, wieloznacznych sytuacjach sprawdzamy: jakie reguły tu obowiązują, co tutaj jest ważne dla przynależności. Co muszę robić, żeby jej nie utracić?. Takie obserwacje prowadzi nasze sumienie (Bert Hellinger). Często należymy do różnych grup, z innymi zasadami przynależności, wtedy nasze sumienie reaguje inaczej w każdej z nich... Widać to już w domu rodzinnym. Co innego podoba się mamie, a co innego tacie. Kochamy obydwoje. Mama lubi swoją córkę pulchną, a ojciec szczupłą. Co wtedy? Zgodnie z prawem przynależności niedobrym rozwiązaniem tej sytuacji może być zachorowanie córki na bulimię. Będzie się objadała, co ma dać obraz bycia pulchną, a potem wymiotowała, co tożsame dla niej ze szczupłością. W ten sposób nieświadomie zadowala i mamę i ojca. Nasi rodzice mają różne miary, a my chcemy po prostu do nich należeć!. Dążenie do przynależności stanowi motor naszego działania, na głębokiej ludzkiej płaszczyźnie. Potocznie rozumiana pełna autonomia jest w swoim rozumieniu fikcją!

Rozdarcie wewnętrzne między konformizmem, a autonomią to normalna sprawa. Można z nią żyć, na bieżąco szukając najlepszych na dany moment rozwiązań. Sprawdzając: Co jest naprawdę moje? Które z wypracowanych przez świat reguł są mądre i dla mnie dobre? Z których chcę zrezygnować.

Matka i córka siedzą razem. Ta sama krew, tak podobne i tak różne. Do niedawna ich relacja miała znamiona nerwicy. Same konflikty. Sprzeczne impulsy. "Wiesz, może rozważysz jednak kwestię dziecka. To ważne, cudowne doświadczenie dla kobiety. A ja ci pomogę, żebyś miała czas dla siebie...na taki rozwój jakiego pragniesz. I nie mówię, że masz od razu wychodzić za mąż skoro nie jesteś pewna....", mówi ta starsza. O rany! Kobiety w mojej rodzinie! Córka roześmiała się, bo poczuła, że jest częścią większej całości, że do nich przynależy. Dawniej niby nie ważne, teraz niezastąpione więzi odżywają...

PS. Powiedz: "Lubię i szanuję siebie, jestem dobra taka, jak jestem. Co czujesz? Prawie żadna ze spotkanych przeze mnie w gabinecie kobiet nie była w stanie wymówić tego zdania bez oporu... wyciągnij wnioski.

Sukces Maj 2005.