Cudowny stan odosobnienia - Jagna Ambroziak
Ktoś, zapytany kiedyś, czy jest szczęśliwy odpowiedział: Tak! Szczęśliwy w takim zakresie jak na to pozwala małżeństwo. Zapewne osoba, która zdecydowała się na życie w pojedynkę, mogłaby wypowiedzieć podobne zadanie, zmieniając w nim tylko jedno słowo.
Tak to już w życiu jest. Osobista wolność, przeplata się z pragnieniem bliskości. Kiedy tworzymy związek, tęskno nam czasem za samotnością, jak jesteśmy sami brakuje nam drugiej osoby. Obydwie potrzeby są równie naturalne. Mogą być jednak rozwojowe albo destrukcyjne. W życiu są momenty, kiedy wskazana jest samotność. Jest też czas na tworzenie związku. Mamy oczywiście prawo go nie budować. Podjąć świadomą decyzję o rezygnacji z pewnych doświadczeń. Sprawdźmy tylko czy to nie sposób na uniknięcie budzącej lęk bliskości albo niemożność utrzymania związku.
Rozwiązania dylematu: życie w pojedynkę - stały związek możemy nie znaleźć w pomysłach wychowawczych naszych rodziców. Nie znajdziemy go również w obowiązujących, zabałaganionych normach społecznych i kulturowych. Krytykują one coraz częściej zarówno instytucję stałego związku, jak i wybór samotnego życia.
Dodatkowe spustoszenie czyni pewna wrodzona, destrukcyjna siła, karmiona naszymi późniejszymi zaniedbaniami i zgodą na byle jakość. Przeciwstawia się ona pozytywnym zdarzeniom, rozwojowi i harmonii. Podszeptuje niedobre rozwiązania. Nakazuje obwiniać świat i innych, w miejsce wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. Jątrzy, stawiając nas w obliczu fałszywych wyborów. Mydli oczy zapewniając, że wyboru nie mamy, bądź możemy dokonać go w bliżej nieokreślonej przyszłości. To ona krzyczy naszymi ustami. Bądź to o bezwarunkowej potrzebie wolności myląc ją ze swobodą, bądź o przymusie tworzenia niezadowalającego nas związku. Szepcze za uchem: zostaniesz oszukany, złapany w pułapkę, sama sobie w życiu nie dasz rady. Żeruje na przeszłych zranieniach. Wmawia nam, że wciąż jesteśmy bezbronnymi dziećmi.
Jak często zdarza się, że wiemy, co dla nas dobre, a postępujemy odwrotnie do tej wiedzy? Kiedy słucham moich pacjentów mogę powiedzieć: Bardzo często. Czują, co dla nich najwłaściwsze. Jednak wybierają inną drogę. Zamiast pobyć jakiś czas w pojedynkę, po kolejnym rozstaniu, decydują się na pierwszą osobę, która się nimi zainteresuje. Są też tacy, którzy po latach samotności spotykają na swojej drodze kogoś wartościowego, kto budzi ich serce. Uciekają jednak na pierwsze jego drgnienie. Za nic nie przyznają, że ktoś jest dla nich ważny. To ich zadaniem na pewno zostałoby wykorzystane. Zostają znowu sami, bo obawa przed wchodzeniem w trwałe związki zwycięża powodując w efekcie uczucie bezsensu życia. Jedni i drudzy nazywają swojego destrukcyjnego doradcę imieniem dobrze znanym każdemu: Strach. Czasem próbują mu nadawać bardziej cywilizowane imiona: Norma społeczna. Moralność. Wychowanie. Spełnienie. Bezpieczeństwo. Stabilność. Ty możesz go nazwać inaczej. Obejrzyj i nadaj mu imię, które mu najbardziej pasuje. Nikt Cię teraz nie podgląda, Nie czyta w twoich myślach. śmiało, nie obawiaj się. Chyba, że chcesz przechytrzyć sam siebie. Mam nadzieję, że ty razem ci się jednak nie uda...
Strach to wymówka, by się nie zaangażować, czy żeby nie być samemu, kiedy na to czas. Strach to oszust, który wymyślił sobie następujący skrypt na życie: Liczą się tylko zachcianki. Obowiązuje, mówiąc językiem psychoanalizy, tylko zasada przyjemności. Ma być ciepło, bezpiecznie i pod kontrolą. Wszyscy mają mnie też akceptować. To, co robię ma się podobać. Tego, co niepewne należy unikać. Z jednej strony ostrożny, ale z drugiej zachłanny, bo cofa się od razu, gdy widzi, że nie wszystkie swe potrzeby będzie mógł zaspokoić... Chwyta się tego, co daje natychmiastowe nasycenie i ulgę. To on szepce nam słodko -zjadliwie do ucha, idź na łatwiznę, po co się będziesz męczyć...
Jest w nas też drugi głos. Ten podsuwa mądre pytania. Co powinno we mnie umrzeć, żebym mógł zacząć żyć? Co powinno umrzeć, chociaż boję się pozwolić temu umrzeć? Czy jest to może ciągłe przechodzenie z rąk do rąk, ucieczka przed byciem samemu? Czy może ucieczka przed zaangażowaniem? Co zmienić w mojej relacji, żeby była satysfakcjonująca. Jeśli nie teraz, to kiedy?.
Myślę, że problemy z odnajdywaniem balansu między bliskością, a samotnością, wręcz wiele bolesnych rozstań spowodowane jest brakiem tego ostatniego doświadczenia na początku naszej dorosłej drogi. Przed bliskością z drugą osobą powinna zbudować się podstawowa tożsamość. Wychodzimy z domu rodzinnego i wpadamy prosto w kolejny związek, nie mając czasu na samotną eksplorację świata. Przez to stanowimy kopie otaczających nas ludzi, brak nam własnych, nie należących do nikogo innego doświadczeń. Trudno być wtedy zintegrowanym człowiekiem, dokonującym świadomych wyborów.
Potrzeba samotności jest skrzętnie przez nas pomijana, a sam temat traktowany jako bolesny. Samotność postrzegana jako coś przerażającego. Jak kara. Z uczucia radosnej wolności, przechodzi w trudne do uniesienia uczucie osamotnienia. Budzi lęk, który sprawia, że unikamy jej jak ognia. Często wpadają do mojego gabinetu ludzie, krzycząc niemalże od progu: Zabierz ode mnie to uczucie! Nie chcąc go, blokują swój rozwój. Samotność nie przeraża tych, co znają i lubią siebie. Czują, że zmierzają tam, dokąd chcą. Bezpieczni, bo wiedzą, że potrafią się sobą zaopiekować. O przekoro. Im trudniej być samemu tym bardziej samotności potrzebujesz! Wiem, że czasem trudno przyjąć tę prawdę. Jesteśmy uzależnieni od obecności drugiego człowieka. Szczególnie kobiety. Wiele jest takich, które istnieją tylko w kontekście mężczyzny. Nawet, gdy czytają książkę, myślą najpierw: Jemu by się podobała, albo nie podobała i wtedy ją odkładają.
Zdolność do bycia samemu to jedna z cech dojrzałości. Czymże jest ta dojrzałość? Zwykle słyszymy, że odpowiedzialnością. Też. Oprócz tego jest umiejętnością nie obwiniania siebie i świata za zdarzenia od nas niezależne. Popatrzeniu ze spokojem, z różnych perspektyw na sprawy nawet najboleśniej nas dotykające. Zdolność do bycia niezależnym to podstawa mądrości. Samotności nie potrzebują tylko wielcy twórcy. Być może nie przypadkiem są takowymi. To bardzo ważne doświadczenie, pozwala wnikliwie dotknąć swoich myśli i uczuć. Rzadko niestety dane jest nam je poznać. Często wchodzimy w kolejne związki, niechętnie podejmujemy decyzję o byciu samemu z pobudek rozwojowych, częściej z lęku czy swoiście pojętej wygody.
Jeśli twoje życie potoczyło się tak, że nie posmakowałeś bycia w pojedynkę przy wchodzeniu w dorosłość nie odpychaj tego doświadczenia, gdy przyjdzie. Nie przeklinaj go. Okresowa samotność jest potrzebna w tworzeniu tożsamości. W integracji na nowo, szczególnie w kryzysie. Umieć być samemu to znaczy być człowiekiem emocjonalnie niezależnym. Kimś, kto ma prawdziwy kontakt z rzeczywistością, wie, czego może oczekiwać od drugiego człowieka, a czego nie.
Samotność nie musi być wyrokiem. Wiem, że trudno nam się godzić na coś, na co się nie umawialiśmy, o czym nie decydowaliśmy. Ale może warto uznać sensowność tego, co nam życie przynosi, bez szamotania się i obwiniania? Sprawdzić po co nam ona... W dzisiejszym świecie gdzie najbardziej liczy się władza i kontrola to policzek wręcz sztylet w serce. Ograniczenie naszej wielkościowości i omnipotencji. Jednak osoba mądra i roztropna, weźmie z tego doświadczenia wszystko, co najlepsze. Uzna to przeżycie za ważne i satysfakcjonujące. Mimo, że trudne. Na początku powoduje, bowiem pustkę i zagubienie. Zostajemy sam na sam ze sobą. Nie ma kogo obwiniać, oceniać, chwalić czy krytykować. Nagle nie da się przypisywać innym swoich niechcianych cech, fantazji, uczuć. Trzeba się przyjrzeć sobie.
Jeśli podejmujemy decyzję o byciu samemu świadomie i z własnej woli, czując, że z różnych powodów potrzebujemy tego doświadczenia, zdarza się, że musimy się zmagać z wrednymi opiniami. W naszej kulturze uważa się często, że osoby samotne poniosły klęskę. Są kimś gorszym, ułomnym. Niedojrzałym egoistą czy egocentrykiem. Są bohaterami wielu mitów. Ale warto przez to przejść.
Dlaczego? Bo potem dużo łatwiej dokonywać dobrych wyborów. Tworzyć satysfakcjonujące związki, czerpać z nich siłę. Znajdować balans między samotnością a bliskością. Bez odbierania wartości jednemu czy drugiemu stanowi. Nie grozi nam trzymanie się zbyt daleko, ani zbyt blisko siebie w parze, bo nie obawiamy się pracować nad swoimi osobistymi sprawami. Dzięki temu po latach spędzonych w związku nie staniemy się niejako bardziej ograniczeni, bo zlaliśmy się ze sobą i nie mieliśmy szans na odkrycie swojej własnej indywidualnej drogi.
Doświadczenie bycia samemu pomaga przechodzić zwycięsko kryzysy, które niesie życie w związku. Bo kryzys to taki moment, kiedy chciał nie chciał człowiek czuje się bardziej odosobniony. Musi wejść w siebie niezależnie jak blisko czuje się ze swoim partnerem. Nie damy się też skusić pokutującemu poglądowi, że w stałym związku dwie osoby mają zaspokoić wszystkie oczekiwania inaczej jest on nie udany.
Rozwój możliwy jest tylko wtedy, kiedy w życiu jest balans między samotnością a bliskością z drugim człowiekiem. Trudności i kryzysów doświadcza się w każdym stanie samotnym czy w parze. Potrzebujemy innych. Ale kiedy pojawia się kolejny etap rozwojowy, to czas na spojrzenie do środka. Inaczej nie odkryjemy swojej prawdziwej tożsamości. Szczęście i spokój, spotykają ludzi, którzy są zdolni do czegoś więcej niż ucieczka i ciągłe poszukiwanie poczucia bezpieczeństwa czy wygody. Istnieje oczywiście prawdziwa mądra ostrożność, w obliczu realnego niebezpieczeństwa. Ale mnóstwo jest ostrożności nieuzasadnionej, nieadekwatnej spowodowanej ranami z dzieciństwa, czy naszym wrodzonym szepczącym destrukcyjnym głosem. Cały proces naszego rozwoju, jeśli się dokładnie przyjrzymy to przeplatające się okresy bliskości z drugim człowiekiem i samotności. A jak ci źle i smutno, bo właśnie zostałeś czy zostałaś sama nie z własnego wyboru, możesz powtórzyć sobie słowa Cohena: Wiele dróg prowadzi do mądrości, ale każda zaczyna się od złamanego serca.
Miesięcznik Sukces Listopad 2004