CEO - Sportowcy korporacyjni |
CEO - Sportowcy korporacyjni - Wojciech EichelbergerKim są "sportowcy korporacyjni"?"Sportowcy korporacyjni" to określenie za którym stoi dużo treści. Menedżerowie i pracownicy korporacji, to ludzie działający pod dużym obciążeniem: w swoją pracę wkładają wiele wysiłku, poddani są znacznemu stresowi, a ich wydatki energetyczne bywają porównywalne z tymi, które są właściwe sportowcom wyczynowym.– Porównanie do sportowców – co warto podkreślić - uzmysławia tym ciężko pracującym ludziom konieczność zadbania o właściwą i skuteczną odnowę psycho-biologiczną. W dbaniu o zdrowie i kondycję przejawia się bowiem odpowiedzialność i wiarygodność sportowca. Rozmawiałem kiedyś z Robertem Korzeniowskim, który pokazał mi w komputerze swój plan pracy. Każdy dzień roku miał dokładnie zaprogramowany. Po jednej stronie tabelka z precyzyjnie określonymi obciążeniami treningowymi i startowymi, po drugiej – równie dokładnie rozpisany program odnowy. Bo umiejętne gospodarowanie własną energią nie polega wyłącznie na dawaniu sobie w kość, ale także na tym by wykorzystywać wszystkie możliwości naturalnego zasilania, potrafić oszczędzać energię i szybko wyrównywać jej straty. Dlatego sportowcowi czasem potrzebny jest człowiek stojący z boku, który w odpowiednim momencie powie: „Hola, hola, poza ostrym treningiem jest też czas na odpoczynek, na sen, masaż, na terapię. Nam, trenerom, zależy na twoich dobrych wynikach, ale pamiętajmy, że to musi być gospodarka długofalowa. Nie chcemy, byś wykończył się w ciągu roku, albo nabawił kontuzji”. Gdy Pan o tym mówi, przypominają mi się moje doświadczenia sportowe. Przez 10 lat trenowałem lekką atletykę, miałem wtedy naprawdę wspaniałego trenera, dzięki któremu zdobyłem kilka ważnych dla mnie medali, mogłem walczyć na arenach krajowych, a nawet miałem honor reprezentować nasz kraj w zmaganiach międzynarodowych. Chcę jednak podkreślić, że mój trener zawsze miał świadomość gospodarki długofalowej, o której Pan mówi. On nie kazał nam od razu dźwigać setek kilogramów na treningach siłowych. Najpierw polecał wykorzystać możliwości własnego ciała, potem obciążał nas trzykilogramową piłką lekarską, a dopiero na końcu, po latach, kładł nam na ramiona ciężką sztangę z ponad setką kilogramów. To był mądry trener. Kiedy na bardzo, bardzo ciężkim treningu interwałowym nie miałem już sił, by biec dalej, on krzyczał do mnie: Robert, dasz radę, biegnij do końca! Wierzył we mnie bardziej, niż ja sam w swój organizm, który wprost konał na ostatniej prostej. Ta rola trenera w sporcie, a z drugiej strony - szefa w zarządzaniu - jest rzeczywiście bardzo duża. Stworzyliśmy nawet nowy termin – „trenedżer” – który oddaje wspólne cechy obu tych ról. Bo rolą trenera jest przecież także troska o zawodnika, widzenie jego sportowej przyszłości i planowanie odpowiednich dla niego obciążeń. Menedżer powinien czasami spojrzeć na swój zespół, jak na drużynę sportową, a na pracownika tak, jak na zawodnika To zasadniczo zmienia perspektywę postrzegania pracownika, bo włącza w nie ,tak przecież istotny, wymiar troski. No, chyba, że trenerowi obcy jest wymiar troski, a bliska jest chęć osiągnięcia szybkiego poklasku i zysku. To jest problem osób, które w życiu cenią tylko reputację, sławę i pieniądze.. Tacy ludzie niestety nie myślą o tym, że ich team mógłby z powodzeniem funkcjonować dłużej i lepiej, gdyby prowadzić go po trenersku. Ale oczywiście – tak jak pan wspomniał - rolą trenera jest również zdopingowanie zawodnika do wysiłku. Zawodnik uzyskuje wtedy wiarę w siebie, odkrywa, że może więcej, niż mu się wydaje. Aby tak mogło się stać musi się wcześniej pojawić się wiara inna. Wiara zawodnika w to, że trenerowi zależy nie tylko na wyniku ale również na nim. On musi mieć pewność, że: trenerowi nie chodzi tylko o to, by go wyżyłować dla swoich celów, ale zależy mu też na nim , jako człowieku. Wtedy zawodnik może dać z siebie bardzo wiele, może przekraczać swoje możliwości i wynikami zadziwić wszystkich dookoła. Aby jednak wyzwolić w zawodniku taką postawę, trener musi stać się dla niego kimś godnym zaufania. Musi szanować swojego podopiecznego i jednocześnie wzbudzać w nim niekłamany szacunek dla siebie. Podsumowując – w tych relacjach nie może obowiązywać zasada eksploatacji zawodnika. Pamiętam, że będąc w zespole zawodników, z którymi wspólnie uprawiałem sport, w naszym trenerze bardzo imponowało nam to, że on nas traktował p o w a ż n i e. I chociaż byliśmy wtedy bardzo młodzi, byliśmy juniorami, to czuliśmy, że jesteśmy szanowani. To było dla nas bardzo ważne. Dziś widzę, że to wynikało ze szczególnej trenerskiej pedagogii, która – nie boję się powiedzieć - zostawiła w nas trwałe ślady na całe życie. Myślę, że był to też rodzaj tej szczególnej więzi, jaka ma miejsce między rodzicami a dziećmi. Jest taka stara zasada pedagogiczna – tyle wymagań, ile miłości. Można też powiedzieć – tyle wymagań, ile troski. Bardzo podobnie jest w zarządzaniu. Coraz więcej szefów dostrzega, że sukcesy przychodzą wtedy, gdy mądrze troszczymy się o ludzi w firmie, a nie tylko ich eksploatujemy. W Ameryce mówią: „miłość się opłaca” albo , że „troska się opłaca”. Gdy się dobrze przyjrzeć, to na słuszność tych słów znajdziemy wiele dowodów. Ludzie w firmie naprawdę dostrzegają gesty przełożonych. Wiem z własnych doświadczeń, że to , iż dana firma zechciała skorzystać z naszych szkoleń np. na temat zarządzania własną energią życiową, jest z reguły bardzo pozytywnie postrzegany przez jej pracowników. Ludzie mówią: No wreszcie... firma zatroszczyła się o nas jako o ludzi... Są też twarde dowody na to, że podobne szkolenia się opłacają. Pewna firma, mając duże problemy z absencją, zainwestowała trochę pieniędzy w anty-stresowe szkoleni, co zaowocowało w sposób natychmiastowy i pod względem finansowym zwróciło się wielokrotnie. Takie przykłady można mnożyć. Dodam jeszcze, że podobne inwestycje zwracają się również w postaci wzrostu poczucia lojalności pracowników wobec firmy. Pracownik naprawdę potrafi dostrzec, kiedy kierownictwo się troszczy o niego, a kiedy tylko manipuluje płacami i karami. Niestety, wiele osób z kadry zarządzające, z różnych powodów, bardzo broni się przed tym, by zwrócić uwagę na te elementy budowania zespołu, które Pan akcentuje. Czasem mam wrażenie, że boją się oni otworzyć na miękkie elementy zarządzania, jakby chcieli powiedzieć: Ja tu mam swoje cyferki, one są dla mnie wyznacznikiem skutecznej pracy. Właśnie po to by ludziom uzmysłowić potrzebę takich składników zarządzania, powstała koncepcja „sportowca korporacyjnego”, i „trenedżera”. Ale chodzi tu także o zwykłą menedżerską odpowiedzialność. Ludzie i instytucje, którzy inwestują w sportowca, w pracownika, nie mogą zapomnieć o tym, że ta inwestycja musi się w ostatecznym, długofalowym rachunku, opłacić . Z tej perspektywy dbanie o siebie i o ludzi nie jest wyrazem słabości, lecz wyrazem odpowiedzialności! Inwestowanie w miękkie elementy zarządzania zespołem przez skrupulatnego menedżera, ceniącego rachunek biznesowy też nie jest wyrazem słabości, ale odpowiedzialności! Przykład Roberta Korzeniowskiego, utrzymującego się w najwyższej formie przez 15 lat jest najlepszym przykładem tego, że program żelaznej konsekwencji w osiąganiu wyników jest równocześnie programem żelaznej konsekwencji w dbaniu o siebie.. W ostatnich czasach wyraźnie rośnie rola psychologa w sporcie. Myślę, że nie jest to tylko fakt medialny, ale rzeczywiste odkrywanie obszarów, w których człowiek może skuteczniej osiągać swoje cele poprzez dokopywanie się do wartościowych pokładów swojej osobowości, często - z różnych powodów - uśpionych. Zarówno psycholog sportu, jak i psycholog biznesu, mogą tu być bardzo pomocni, o ile nie traktuje się ich jak lekarzy dla chorych psychicznie. Zdrowie nie polega na braku choroby. Choroba, to zaledwie środek skali, gdzie po lewej stronie jest stan chorobowy, dalej środek skali czyli punkt „0”, a następnie prawa strona tej skali czyli , możliwości pełnego rozwoju swego potencjału zwane „dobrostanem”. To jest ogromny teren do zagospodarowania! W dzisiejszych czasach sportowcy będący na najwyższym światowym poziomie mają podobne predyspozycje genetyczne i porównywalny poziom wytrenowania. Wygrana zależy od dwóch rzeczy. Od zdolności do koncentracji i umiejętności błyskawicznego resetowania się. Przy maksymalnych obciążeniach nie można bez przerwy rozpamiętywać przeszłych i porażek i przyszłych trudności, trzeba umieć się koncentrować i błyskawicznie resetować. Ten kto się potrafi skoncentrować i szybko regenerować – ten wygrywa. Chodzi o umiejętność błyskawicznego przełączania wewnętrznego przełącznika z trybu „mobilizacja – walka” na tryb „regeneracja”. Na pewno widział pan film „Wejście smoka”. Jak pan myśli, która scena w największym stopniu oddawała mistrzostwo Bruca Lee? Czy chodzi o moment, gdy podczas walki został on fizycznie zamknięty w czterech ścianach, w klatce bez wyjścia? Tak, oczywiście! To było absolutne mistrzostwo, gdy Bruce Lee dosłownie w sekundę wyszedł z ognia niesamowitej walki, gdy spostrzegł , że nie może już nic więcej zdziałać, i natychmiast przełączył się na odpoczynek.. Jeśli ktoś tak potrafi, to jest niepokonany. Muszą to potrafić także żołnierze na polu walki, zagrożeni syndromem zmęczenia walką. To jest syndrom bardzo wielu ludzi, lekceważących sobie odpowiedzialność za wypoczynek i regenerację. W którymś momencie, w sposób nieuchronny muszą odebrać lekcję pokory. Oczywiście lepiej jest zapobiegać takim trudnym lekcjom. Lepiej jest zawczasu nauczyć się w mądry sposób zarządzać własną energią w sytuacjach obciążających, aby to, co do tej pory było nie do uniesienia – stało się do uniesienia. To tak, jak z treningiem o którym pan wspominał – wprawdzie najpierw ćwiczył pan z piłką lekarską, ale za to po kilku latach już ze stukilogramową sztangą. Na fali sukcesów polskich piłkarzy, conajmniej trzy razy słyszałem, jak niesieni emocjami zawodnicy, w pierwszych słowach komentarza po wygranych meczach, mówili do dziennikarzy telewizyjnych: „Są zwycięstwa, będą też premie, pieniądze”. Jestem realistą, dobrze wiem, że sport potrzebuje pieniędzy. Ale, przyznaję, że tak wyraźne akcentowanie finansowego wymiaru sportowych zwycięstw trochę mnie razi. Pamiętając jednak, że rozmawiamy o analogiach sportowo – menedżerskich, chcę zapytać, jak Pan sądzi, czy motywacja finansowa jest rzeczywiście kluczowa w dzisiejszym świecie menedżera? Nie można zysku traktować jako wartości absolutnej. Jeśli biznes nie jest podporządkowany etyce, to ma krótkie nogi. Łatwo mu wtedy przejść w szarą strefę, potem niespodziewanie przenieść do podziemia biznesowego, co prowadzi do poważnych kłopotów. Podobnie jest w sporcie, myślenie wyłącznie o zysku jest demoralizujące i niszczące, fundamentalnie sprzeczne z ideą sportu. Natomiast rywalizacja oparta o zasady fair play jest piękna. Przyzna Pan, że cała nasza rozmowa, dotykająca sportu, jako metafory biznesu (a może na odwrót?), jest rozmową o pięknie ideałów? Tylko, czy to nie jest rozmowa o czymś nierealnym? Nie. Jestem pewien, że przywiązanie do ideałów na dłuższą metę jest strategią i filozofią bardzo opłacalną. A czy jest coś takiego, jak filozofia sportu? Sport traci swój sens tam, gdy staje się szkodliwy dla tych, którzy go uprawiają. Dlatego nie może być podporządkowany zasadzie zysku, bo człowiek staje się tylko przedmiotem, środkiem do osiągnięcia celu, bo sprzeniewierzamy się wtedy zasadniczej wartości jaką jest szacunek dla istoty ludzkiej.. Wojciech Eichelberger Dyrektor Instytutu Psychoimmunologii IPSI |